środa, 26 marca 2014

15. (Lauren)

W poniedziałek zostałam w domu. Nie chciałam, bo strasznie mi się nudziło, ale mama wzięła sobie urlop i uparła się, że ze mną zostanie. Nie miałam wyjścia. Mojej młodszej siostry nie było, mama cały dzień krzątała się w kuchni, a ja chodziłam po całym domu i próbowałam znaleźć sobie jakieś zajęcie, ale nic z tego. Wyszłam do ogródka. Było cieplutko, a nawet gorąco. Usiadłam na huśtawce i jak małej dziewczynce zaczęło mi to sprawiać radość. Leżałam na trawie, spanikowałam widząc małą mrówkę i wstałam. Dawno mi się tak nie nudziło. Zaczęłam zrywać  kwiaty i zrobiłam z nich śliczny bukiet. Poszłam do kuchni, włożyłam kwiaty w wazon i zaczęłam szukać mamy, której nigdzie nie było. Znalazłam ją w jadalni. Byłam nieco zdziwiona, kiedy zobaczyłam, że na stole są różne przekąski i potrawy.
- Coś się stało? – zapytałam.
- Chyba nie, czy tak ?
- No nie wiem. Dla kogo to wszystko?
- Aaa… O to ci chodzi. Będziemy mieć dzisiaj gości.
- Jakich?
- Cała rodzina.
- W poniedziałek?
- A coś w tym złego?
- No nie. Chyba. Mogłaś, chociaż powiedzieć to bym ci pomogła.
- Idź się lepiej przebierz. Masz cały tyłek w ziemi. Co ty robiłaś?
- Hahahah. Nic… Idę – umyłam się i poszłam do pokoju się przebrać. Założyłam swoją ulubioną sukienkę, czarne buty na obcasie i parę dodatków. Muszę przyznać, że wyglądałam całkiem ładnie. Zeszłam na dół i przywitałam gości. Kiedy zaczęli wręczać mi prezenty zorientowałam się, że dzisiaj mam 19 urodziny!  Zapomniałam! Później wszyscy zaczęli mi śpiewać 100 lat i tak dalej. Jak zawsze czułam się niezręcznie. Podczas tego całego zamieszania dzieci wyciągnęły mnie z pokoju i zaciągnęły na dwór. Obiecałam im, że zaraz przyjdę, ale muszę szybko pójść po telefon. Pobiegłam do pokoju. Coś było nie tak. Przecież nie zostawiałam otwartych drzwi balkonowych. Podeszłam do łóżka, na którym leżał ogromny bukiet róż i małe złote pudełeczko. Otworzyłam je i ujrzałam piękną srebną bransoletkę. Od środka miała wygrawerowany napis : Kocham cię ~ Mike. Przepiękne, ale skąd ro się tu wzięło ?! Po chwili wszystko się wyjaśniło.
- Wszystkiego najlepszego! – krzyknął Mike. Rzuciłam mu się na szyję.    

- Dziękuję. Przepiękne. Skąd wiedziałeś?
- Jak mógłbym zapomnieć o urodzinach mojej dziewczyny co? – uśmiechnął się.
- Dziękuję -  zanurzyłam swoje usta w moich na dłuższą chwilę. Wcale bym jej nie przerywała, ale dzieciaki wpadły do pokoju i zaczęły ciągnąc mnie za sukienkę.
- Proszę zostawić królewnę w spokoju! – powiedział poważnym głosem Mike, a ja wybuchłam śmiechem. Mike wziął mnie na ręce i kierował się do wyjścia z domu.
- Gdzie mnie zabierasz? – zapytałam.
- Do krainy… - zastanowił się przez chwilę – marzeń – dokończył. Tą całą krainą marzeń okazał się mój ogród, ale niech mu będzie. Położyliśmy się obok siebie na trawie i rozmawialiśmy. Zeszło się tak do nocy, a ja co chwila się śmiałam. Koło 21:00 Mike wrócił do domu. Ja poszłam się umyć. Gotowa do snu położyłam
się na łóżku. Dostałam sms’a i to nie jednego. Były 3 – od Ashley i Patrick’a z życzeniami i od Mike’a:
Od: Mike <3
Dobranoc królewno. Widzimy się jutro.

Do: Mike <3

Oczywiście. Dobranoc. 

___________________________________

Nareszcie coś się zaczyna dziać !
Podoba się ? Myślę, że może być...
Muszę Wam powiedzieć, że jeżeli nie będę długo dodawała rozdziałów (okres do końca marca) to będzie to spowodowane brakiem internetu. Niestety ostatnio coś mi zaczął świrować ;//
Miejcie nadzieję, że jednak będę mogła coś wstawić !
Trzymajcie się !


wtorek, 25 marca 2014

14. (Lauren)

- Ufff to dobrze - odpowiedziała.
- A ty? Dlaczego tu jesteś?
- Mam białaczkę.
- Przykro mi... Naprawdę.
- Kto to był? - zapytała.
- Kto?
- Ten pan. Rozmawiał z tobą. A jak wyszedł to był bardzo smutny.
- A tak, to mój chłopak.
- Kochasz go ? - byłam zdziwiona tym pytaniem.
- Tak. Bardzo.
- Pokłóciliście się?
- Nie, dlaczego pytasz?
- Mówiłam już, że był smutny.
- A tak. Jest tam jeszcze? Czy poszedł?
- Siedzi na krześle. A po tym jak wyszedł rozmawiał z pielęgniarką. Muszę już iść. Pa.
- Cześć. Miło było cię poznać - wyszła. Zostałam sama. Nie mogłam wyjść, bo miałam podłączone te kable. Z nudów ułożyłam się wygodnie i zasnęłam.
Kiedy się obudziłam był już ranek. Czułam czyjś dotyk na mojej dłoni. Odwróciłam głowę i zobaczyłam mamę.
- Cześć córeczko.
- Hej mamo.
- Jak się czujesz?
- Lepiej. Będzie dobrze.
- Lauren musisz podjąć leczenie. Nie możesz się poddać.
- Wiem mamo rozumiem - między nami zapanowała głucha cisza. W końcu ją przerwałam.
- Mogłabyś zawołać Mike'a ?
- Tego twojego chłopaka tak ?
- Tak - zarumieniłam się.
- Dobra, poczekaj - za chwilę przyszedł Mike cały uśmiechnięty i pełen energii. Ucieszyło mnie to.
- Mike, przepraszam cię.
- Nic się nie stało.
- Ja... Ja tak naprawdę to boję się tej choroby. Ona mnie przeraża i dlatego chyba wolę odpuścić. To wszystko następuje tak szybko.
- Nie możesz Lauren i nikt ci na to nie pozwoli.
- Mam nadzieję - uśmiechnęłam się, a w tym czasie przyszła pielęgniarka.
- Panno Hemmits, może pani już wracać do domu. Jest lepiej, ale jeżeli pani znowu nie będzie nic jeść to obawiam się, że nie będzie już ratunku.
- Rozumiem.
- A i jeszcze jedno: jeżeli pojawiłyby się jakieś objawy to proszę natychmiast przyjechać.
- Dziękuję - odpowiedziałam i zaczęłam się przebierać. Wychodząc ze szpitala zapomniałam o jednej rzeczy. Pożegnać się z tą dziewczynką.
- Idźcie do samochodu o czymś zapomniałam.
- Pójdę z tobą - zasugerował Mike.
- Nie trzeba, zaraz wracam - odmówiłam i poszłam, ale wiedziałam, że Mike i tak pójdzie za mną. Spytałam się jakiejś pielęgniarki, gdzie leżą dzieci chore na białaczkę. Miła kobieta wszystko mi opowiedziała. Byłam jej wdzięczna. Wchodząc na oddział zauważyłam kartkę:

SPOTKANIA TYLKO W SALI ODWIEDZIN

Jednak ja i tak otworzyłam drzwi. Już tam wchodziłam, ale Mike zawołał:
- Lauren, tam nie wolno wchodzić !
- Muszę - odpowiedziałam nawet nie odwracając się. Weszłam na korytarz i zaczęłam zaglądać do wszystkich sal. W koncu znalazłam. Osłabiona dziewczynka leżała na łóżku i coś rysowała. Podeszłam do niej i przywitałam się;
- Cześć mała! Co tam rysujesz?
- O! Cześć! - widziałam jak jej drobna twarzyczka nabiera rumieńców i radości - Jak się tu dostałaś? Tu jest zakaz wchodzenia. Dlaczego nie jesteś już w piżamie?
- Nikt mnie na razie nie zauważył.
- Wiesz, że możesz się zarazić, prawda? - to pytanie mnie lekko wystraszyłó.
- To nic. Trudno. Musiałam przyjść się pożegnać.
- Już jesteś zdrowa?
- Nie do końca. Jeszcze tu pewnie wrócę.
- Fajnie ci. Zobacz to dla ciebie - dała mi rysunek, który przed chwilą narysowała.
- Ojejku! Piękne! Czy to ja i ...?
- Tak to wy. Bardzo was lubię.
- Dziękuję. Masz duży talent. Pięknie - stwierdziłam. Przyglądałam się rysunkowi i w tym czasie przyszła pielęgniarka. Oberwało mi się. Musiałam wyjść.
- Trzymaj się kochana - przytuliłam ją.
- Czeeeść! -wyszłam. Kartkę z rysunkiem trzymałam cały czas w dłoni. Wróciłam do domu.
- Co to jest? - zapytał Mike, kiedy oglądaliśmy telewizję.
- Co?
- Ta kartka. Cały czas ją międlisz.
- Aaaa... Popatrz - rozłożyłam rysunek i mu pokazałam.
- Pięknie. To ta mała nas narysowała ?
- Tak - przytulił mnie i po skończeniu się filmu pojechał do domu.

___________________________________

Jak na razie nudy ;/  Nie mam weny.  Co tam u Was?
Podoba się nowy blog ?
Ale dlaczego tak mało komentujecie ? :(

poniedziałek, 24 marca 2014

WAŻNA INFORMACJA !

Kochani dobiliście już do 500 wyświetleń ! Bardzo Wam dziękuję, że czytacie moje opowiadania, chociaż wiem, że jeszcze dużo mi brakuje do tych "lepszych". Mam dla Was małą niespodziankę i za kilka dni albo już dzisiaj (zobaczymy) się ona pojawi. Nie przerywajcie czytać moich opowiadanek, przekazujcie mojego bloga znajomym, komentujcie i bądźcie dla mnie wyrozumiali, gdy rozdział długo nie będzie się pojawiał !  ;)
 Chciałabym także podziękować moim przyjaciółkom za motywację i wszystko do czego w tych opowiadaniach się przyczyniły, bo gdyby nie one to tego bloga pewnie by nie było.

DZIĘKUJĘ ! :*



PS: Co do niespodzianki to przypatrujcie się dokładnie kartom pod nazwą opowiadania !

czwartek, 20 marca 2014

13. (Lauren)

*PIĄTEK*
Mike odwiózł mnie do domu. Oczywiście w drodze do domu zachciało mi się pić.
- Masz jakąś wodę? - zapytałam.
- Powinna być w schowku, sprawdź.
- Okey - otworzyłam schowek i nie znalazłam wody. Pierwsze co zobaczyłam to pudełeczko białego proszku. Wzięłam to i ręka zaczęła mi się trzęść, jakbym trzymała coś niedozwolonego. Właściwie to tzrymałam.
- Mike co to jest?
- Pokaż - wziął to do ręki.
- Już wiesz?
- Cholera, skąd ty to wyciągnęłaś? - popatrzył na moje nachodzące już łzami oczy.
- Mike...
- Lauren to nie jest moje. Przyrzekam.
- Wiesz, że ja tego nie toleruje!
- Lauren, przecież wiesz, że ja z tym już dawno skończyłem! Lauren! - idealnie po tych słowach podjechaliśmy pod dom.
- Chciałabym ci wierzyć, ale boję się. Boję się, że ktoś znowu chce mnie zniszczyć. Przepraszam. Daj mi trochę czasu Mike - wysiadłam i pobiegłam do domu. Znowu ryczałam. Dlaczego ja muszę mieć takiego pecha?! Pieprzone narkotyki! Do końca dnia leżałam tak na łóżku, a mój telefon cały czas przyjmował wiadomości i połączenia. Mike. Nie odbierałam. Nie chciałam. W pewnej chwili przyszło mi do głowy, że to rzeczywiście nie musiał być Mike. Przypomniały mi się słowa Patricka: ,, Będę o ciebie walczyć Lauren". Czy on mógłby to zrobić? Musiałam to sprawdzić. Jeżeli to był Patrick, byłam w stanie go zabić. Postanowiłam, że jutro wyjaśnię całą sprawę.
*SOBOTA*
Rano wstałam, ogarnęłam się i wyszłam z domu. W połowie drogi zorientowałam się, że znowu nie zjadłam śniadania. Świetnie. Idąc do Patricka zobaczyłam Mike'a. Szedł w moją stronę.
- Lauren, ja naprawdę...
- Nie teraz. Muszę to wyjaśnić. Spotkamy się później. Może - poszłam dalej. Po 5 minutach os spotkania z Mike'iem byłam na miejscu. Zadzwoniłam dzwonkiem. Otworzył Patrick.
- Stęskniłaś się? - zapytał.
- To ty?
- Co ja ślicznotko? - dotknął mojej twarzy, a ja się odsunęłam.
- Czy to ty podłożyłeś narkotyki Mike'owi?
- Jeśli tak to co? Wrócisz do mnie?
- Ty idioto! Jak mogłeś?! Ty świnio! Nienawidzę cię.
- Lauren...
- Odpieprz się! - walnęłam go pięścią w twarz i poszłam. Łzy znowu zaczęły mi spływać po policzkach. Wyszłam z bloku, stawając przed Mike'm.
- Lauren?
- Przepraszam Mike. Przepraszam - zapłakana poszłam do domu. On nie szedł za mną, chyba poszedł do Patricka. Bałam się o niego. Miałam nadzieję, że będzie opanowany. Położyłam się na łóżku i wsłuchiwałam się w głuchą ciszę. Zadzwonił dzwonek. Wstałam i poszłam otworzyć. Przyszedł Mike.
- Lauren - powiedział i delikatnie mnie pocałował.
- Mike przepraszam. To rzeczywiście nie byłeś ty. Przepraszam.
- Już wszystko w porządku. Już dobrze - zakręciło mi się w głowie. Oparłam się o ścianę. Na chwilę mocno zamknęłam oczy.
- Wszystko w porządku Lauren?
- Nie, nie mam siły i nic nie widzę - nie kłamałam, miałam ciemno przed oczami. Mike wziął mnie na ręce i zaniósł do pokoju.
- Zjadłaś coś dzisiaj?
- Nie.
- No to wszystko jasne. Poczekaj, zaraz coś ci przyniosę - poszedł, a ja znowu zaczęłam normalnie widzieć. Zjadłam kanapki, które mi przygotował. Było mi lepiej.
- Już dobrze?
- Tak, dziękuję.
- Musisz się prawidłowo odżywiać. Nie możesz niczego nie jeść. Chyba sama wiesz o co chodzi.
- Tak wiem.
- Jedziemy do szpitala. Wstawaj.
- Ale...
- Nie ma żadnego ,,ale". Chodź - pojechaliśmy do szpitala. Czy mówiłam już, że to okropne miejsce? Pielęgniarka kazała mi się położyć na łóżku i powiedziała:
- Zdaje sobie pani sprawę, że jest coraz gorzej, prawda?
- Niestety tak.
- Będzie pani musiała zostać dzisiaj na noc. Zrobimy kolejne badania, a potem zobaczymy. Możliwe, że zostanie pani na dłużej.
- To konieczne? - zapytałam czując, jak Mike wbija w moją twarz swój zdenerwowany już wzrok.
- Tak jeśli nie chce pani umrzeć to tak. Zaraz pani będzie anorektyczką i zamiast leczyć się póki to jeszcze jest możliwe i łatwe, pani chce od tego uciec.
- Przepraszam.
- Proszę. Niech pani się położy. Zaraz podłączymy kroplówkę - zostałam z Mike'm sama.
- Co ty najlepszego wyrabiasz? Lauren ja nie chcę cię stracić. Rozumiesz?
- Ja...ja nie umiem z tym walczyć Mike.
- 2 lata temu moja przyjaciółka zmarła. Własnie przez anoreksję. Pilnowałem jej jak ciebie. Na początku chciała się tego pozbyć, ale w końcu się poddała. Nie wiem czemu. Nie zdążyła mi powiedzieć.
- Przykro mi - odpowiedziałam,a on wyszedł. Chciałam pójść za nim, ale pielęgniarka przyszła i zaczęła podłączać mi kroplówkę. Wyszła. Zostałam sama. Przez szybę zobaczyłam dziewczynkę. Miała około 8-9 lat. Uśmiechnęłam się do niej. Ona weszła do mojej sali. Usiadła na łóżku.
- Co ci jest? - zapytała.
- Mam anoreksję.
- Ano...co?
- Anoreksję - powtórzyłam uśmiechając się.
- Aha.
- Nie wiesz co to, prawda? - upewniłam się, a ona pokiwała przecząco głową.
- Chudniesz, chudniesz, a potem umierasz.
- Ojej - odpowiedziała, a ja stwierdziłam, że chyba za ostro przedstawiłam jej tą chorobę.
- Nie bój się ty na nią nie zachorujesz. Nią się nie zaraża - chciałam ją uspokoić.

__________________________________
Tadaaaamm! Ale dłuuuugi! Nie oczekujcie szybko następnego ;)

Jakieś pytania?   http://ask.fm/opowiadania33

środa, 19 marca 2014

12. (Lauren)

Obudziłam się w szpitalu. Jasne światło raziło mnie w oczy, a głowa strasznie bolała. Nikogo przy mnie nie było. Wzięłam z torebki, jakieś tabletki przeciwbólowe, przebrałam się w swoje ubrania i wyszłam.
- Pani Hemmits! Gdzie się pani wybiera? Musi pani zostać na badania.
- Nic nie muszę. Do widzenia. - pielęgniarka nie miała nic do gadania, byłam już pełnoletnia. Chciałam wyjść i uciec od tego wszystkiego. Pojechałam na tą plażę. W drodze powrotnej z Mike'm przyglądałam się wszystkim znakom, więc wiedziałam, jak tam dotrzeć. Przeszłam przez lasek i weszłam na plażę. Nikogo nie było. Usiadłam na piachu, zamknęłam oczy i wdychałam powietrze. Przez chwilę wszystko mi było obojętne. Po chwili usłyszałam, jak ktoś wybiega z lasu. Nie musiałam się odwracać- wiedziałam, że to Mike.
- Lauren, dlaczego uciekłaś ze szpitala? - zapytał siadając obok mnie.
- Nie uciekłam. W miarę kulturalnie go opuściłam - uśmiechnęłam się.
- Wstawaj. Jedziemy na badania. Pielęgniarka mi wszystko powiedziała, a ja jej obiecałem, że cię tam zaciągnę.
- Nie musimy...
- Lauren wstawaj, przecież wiesz, że jesteś bliska anoreksji. Zjadłaś coś dzisiaj? Nie. To wszystko przeze mnie.
- Błagam Mike nie obwiniaj się.
- To chodź.
- Ehh... Dobra - wstałam i jeszcze na chwilę zamknęłam oczy. Mike już powoli szedł. Kiedy zauważył, że ja nadal tam stoję powiedział:
- Lauren? - ja odwróciłam się i szeroko uśmiechnęłam.
- Życie jest piękne Mike - powiedziałam i zaczęłam iść w jego stronę. Mike uśmiechnął się i złapał mnie za rękę. Poszliśmy do samochodu. Nie wiem skąd wziął się we mnie taki optymizm, ale nie przeszkadzało mi to. W sumie czułam się z tym dużo lepiej. Pojechaliśmy do szpitala. Nienawidziłam tego miejsca. Współczułam tym wszystkim ludziom. Najbardziej było mi szkoda dzieci, które miały strach w oczach i osób starszych - nie mających już siły, ale nadal się uśmiechających.
- Widzę, że ją pan przekonał - powiedziała pielęgniarka do Mike'a.
- Ledwo, ale się udało- odpowiedział.
- Dziękuję, zapraszam panno Hemmits, najpierw pójdziemy pobrać krew. Jeżeli zje pani jeszcze u nas pożądny posiłek, możliwe, że panią wypuścimy jeszcze dziś.
- Mam nadzieję, że tak będzie - uśmiechnęłam się z grzeczności, ale pobieranie krwi to było coś okropnego. Na widok tej czerwonej cieczy robi mi się słabo i nie dobrze. Obawiałam się, że zemdleję. No i oczywiście tak było. Po tym zdarzeniu nie chcieli mnie wypuścić do domu, jednak namówiłam oddziałową i Mike'a. Mój chłopak odwiózł mnie do domu, pożegnał się i pojechał do siebie. Tak własciwie to ja mu kazałam, on nie chciał, ale widziałam zmęczenie na jego twarzy, niestety przez moje zachowanie. Byłam mu wdzięczna za jego opiekę.
*WTOREK*
Poszłam do szkoły. Miałam dosyć nudzenia się w domu. Niestety w szkole musiałam wpaść na Patricka.
- Lauren, proszę... - powiedział.
- Nie Patrick, zrozum - w tej chwili przyszedł Mike.
- Coś się stało? - zapytał
- Nie, nic chodźmy - odpowiedziałam, bo widziałam jak Mike  już zaciska pięści. Zaciągnęłam go na bok.
- Lauren, czego on znowu chciał?
- Mike, nic nie było.
- Lauren!
- Nic mi nie powiedział. Spokojnie. To było jakby przywitanie. Okey?
- Ale powiesz mi jak coś będzie nie tak?
- Jasne, obiecuję - pocałowałam go w policzek.
Tak było przez cały tydzień - szkoła, badania, dom - aż do piątku....

_________________________

Całkiem długi :) Może być?

środa, 12 marca 2014

11. (Lauren)

Po tych słowach wyszedł. Rano obudziłam się czując się jak nowonarodzona, pomijając to, że byłam strasznie głodna. Ale nie to było ważne. Zakochałam się. Kochałam Mike'a. Rozmyślałam tak jeszcze z 10 minut, a dopiero potem wstałam. Nafaszerowałam się jeszcze lekami i poszłam do łazienki. Umyłam się, ubrałam oczywiście przestraszyłam się swojego odbicia w lustrze. Stwierdziłam jednak, że nie mam siły się malować. Poszłam do kuchni zrobić sobie śniadanie. Kiedy spożywałam swój pierwszy posiłek od chyba 48 godzin, ktoś musiał mi w tym przeszkodzić. Zadzwonił dzwonek. Poszłam otworzyć. Spodziewałam się Mike'a albo Ashley, ale to nie było żadne z nich. Patrick - tak to był on. Na początku nie otwierałam, nie chciałam, żeby tu przychodził. Stanęłam pod drzwiami i czekałam aż sobie pójdzie. Na próżno. Zaczął walić w drzwi i krzyczeć:
- Lauren! Otwórz te drzwi! Wiem, że tam jesteś! - on tak wrzeszczał, a ja się strasznie bałam. Bałam się, że znów użyje przemocy. Dawno go nie widziałam. Dokładnie tez nie wiedziałam, czy się zmienił, czy tez nie. Ash przez telefon mówiła mi, że jest lepiej, ale nie wiedziałam na ile lepiej. W końcu jednak otworzyłam:
- No nareszcie! Mogę wejść? - zapytał.
- Musisz?
- Chciałbym z Tobą porozmawiać, mogę?
- Nie mamy o czym.
- Proszę.
- Chyba jednak nie. Jestem chora.
- Lauren zmieniłem się. Tylko rozmowa i sobie idę, okey? - przesunęłam swoją osobę i go wpuściłam. Nie wszedł dalej niż do hallu.
- O czym chciałeś porozmawiać?
- Lauren, skarbie...
- Nie przeginaj Patrick nie jesteśmy już razem.
- Dobrze, przepraszam. Lauren, ja jestem już inny. Dzięki Ash zmieniłem się. I nadal cię kocham. Wiem, że nie chcesz już do tego wracać, ale błagam daj mi jeszcze jedną szansę. Proszę...
- Nie, nie mogę. Nie chce. Ja cię kochałam, ale kiedyś. W przeszłości, a teraz już nie - w tym moencie zadzwonił dzwonek. Popatrzyliśmy się na siebie z Patrickiem, bo i ja i on byliśmy zdziwieni. Podeszłam i  uchyliłam drzwi. Był to Mike. Natychmiast zamknęłam drzwi, ale nie dałam rady, bo Mike zablokował je ręką. Wszedł i stanął obok mnie i Patricka, który powiedział:
- To przez niego tak? Będę o ciebie walczył Lauren. - wyszedł, trzaskając drzwiami. A my patrzyliśmy sobie w oczy, próbując wyczytać z nich jakieś wyjaśnienie lub cokolwiek. W końcu po policzku spłynęła mi duża, ciężka łza. Bez słowa poszłam do salonu. Usiadłam na sofie i schowałam głowę między kolana. Mike stanął przede mną i zapytał:
- Co on tutaj robił? - czułam, jak zaciska zęby i pięści.
- Nie wiem.
- Co ci mówił?! - krzyknął.
- Chciał, żebym dała mu drugą szansę i nie krzycz na mnie! To nie jest dla mnie takie łatwe! - podniosłam zapłakaną twarz, po czym wstałam i pobiegłam do łazienki, zatrzaskując drzwi. Usiadłam na podłodze. Znowu zaczęłam ryczeć. Nie mogłam się uspokoić.
- Lauren, przepraszam. Nie mogę go znieść. Nienawidzę go. Wyjdź, proszę - wyszłam idąc do kuchni po szklankę wody.
- Kochałam go jak ciebie Mike. Nie wyobrażałam sobie życia bez niego, ale on wybrał narkotyki. Zanim się zorientował, że jest za daleko, było już za późno. Musiałam o nim zapomnieć. Przez to, że odeszłam, miał motywację, żeby z tym skończyć. Dzięki Ash chyba się udało, ale teraz próbuje mnie odzyskać - przy ostatnim zdaniu strąciłam szklankę z blatu, a zbierając szkło skaleczyłam się.
- Cholera! - krzyknęłam, gdy zobaczyłam krew, ale Mike chyba jeszcze tego nie zauważył.
- Lauren...
- Tak wiem, przykro ci. Mi też. I wszystkim dookoła też. Tylko nikt nie umie mi pomóc, albo nie chce - umyłam rękę w zlewie i po tym upadłam na podłogę.


____________________________________
Chyba może być :P  Podoba się?
Może macie jakieś pytania?
http://ask.fm/opowiadania33

czwartek, 6 marca 2014

ROZDZIAŁ 7 (Emily)

Ferie za dwa dni się kończyły. Pojechałam do szpitala na zdjęcie gipsu. Tata prowadził, a ją z Luisem wiedziałam tyłu. Po rozbiciu gipsu wstalam o własnych siłach , ale tylko na chwilę. Zaraz potem upadłam. Na szczęście Luis mnie złapał.
- To normalne, jutro już będziesz normalnie chodzić. - powiedział lekarz
- To dobrze - odpowiedziałam. A mogę już jeździć na łyżwach?
Tak, myślę,że tak, ale dopiero jutro dobrze ?
- Dobrze dziekuję .
-Dzisiaj jeszcze poleż sobie na łóżku, nie wysyłaj nogi
- Rozumiem, dowidzenia
Luis zaniósł mnie do samochodu i pojechaliśmy do domu.
- Zostaniesz ze mną prawda?
- Jasne z tobą zawsze skarbie
- Dziękuje bardzo kocham cię wiesz ?
- Wiem kochanie ja Ciebie tez.
- Za dwa dni trzeba isć do szkoły. Nie chcę. Wtedy nie będziemy się tak często spotykać.
- Jak to nie? Chodzę do tego samego liceum. Co ty Emily , jestem tylko o rok starszy.
- Naprawdę ?
- Tak.
- Ale sie cieszę.
Spędziliśmy razem cały dzień. Rozmawialiśmy, śmieliśmy się i tak dalej
Następnego dnia pojechaliśmy z Luisem na łyżwach.lodowisko. Na początku wywracałam się, ale potem się przyzwyczaiłam iii znów się wróciłam :)
Zasmiał się i powiedział
- Ty tak specjalnie Emily ?
- N.... - nie dokończyłam i mnie pocałował.
Wieczorem zaprosił mnie na kolację. Było przepysznie. Potem poszliśmy do jego domu. Przedstawił mnie swo im rodzicom. Byli bardzo mili. W nocy odwiózł mnie do domu. Jutro trzeba iść do szkoły.

________________________________
Zajrzyjcie do poprzedniego rozdziału, na końcu dodałam parę zdań.

środa, 5 marca 2014

10. (Lauren)

- Lauren! Lauren! - usłyszałam, jak ktoś z daleka wykrzykuje moje imię. Zatrzymałam się i odwróciłam. Zobaczyłam Mike'a biegnącego ze zmartwionym i zaniepokojonym wyrazem twarzy. Ulżyło mi.
- Gdzie byłeś? - wyszeptałam trzęsąc się jeszcze bardziej niż wcześniej.
- Boże, Lauren, ja przepraszam. Pojechałem kupić coś do jedzenia - przytulił mnie do siebie czule i z miłością. Był taki gorący - albo to ja dostałam ujemnej temperatury. Było mi tak dobrze, że najchętniej zostałabym w takiej pozycji na zawsze. Byłam bezpieczna.
- Bałam się - wyszeptałam.                                            
- Wiem, przepraszam, już nigdy cię nie zostawię - te słowa wypowiedział wręcz załamanym i rozpaczliwym głosem.
- Nic się nie stało.
- Stało się Lauren. Nie powinienem był... - nie pozwoliłam mu dokończyć, bo zanużyłam swoje lodowate wargi w jego gorących, pełnych czułości i namiętności. Nie chciałam, żeby teraz się nad sobą użalał. Dla mnie był idealny.
- Zimno mi - powiedziałam.
- Zauważyłem, chodź, wracamy do domu, bo i tak zafundowałem ci pożądną grypę - wziął mnie na ręce i zaniósł do samochodu. W czasie drogi zaczęłam kichać i chrychać. Nie czułam się z tym dobrze, bo wiedziałam, że Mike będzie się za to obwiniał. Jak tylko wróciliśmy do domu, wskoczyłam pod kołdrę. Było mi strasznie zimno - nawet dwa koce i kołdra nie pomagały. Wyciągnęłam rękę do szafki nocnej po leki. Przyszedł Mike.
- Co ty łykasz? - zaśmiał się.
- Chemię. Nic na to nie poradzę. Muszę, może jeszcze nie jest za późno.
- Proszę, przyniosłem ci herbatkę.
- Och, dziękuję - znowu zaczęłam kaszleć. Mike popatrzył się na mnie współczującym wzrokiem.
- Nie patrz się tak na mnie! Nic mi nie jest.
- No nie, wcale. Jesteś blada, jak ściana, a na dodatek pewnie porządnie chora. Wszystko przeze mnie.
- Ej! Tylko się nie obwiniaj! Chciałeś dobrze i ci się udało. Dziękuję. Było cudownie - widziałam, jak wewnątrz jego ciała pojawiło się wielkie zadowolenie. Na twarzy pojawił się tylko skromny uśmiech.
- Opowiedzieć ci bajkę? - zapytał, a ja byłam zdziwiona jego propozycją.
- No dawaj - zaśmiałam się. Usiadł koło mnie, objął moją talię i przytulił. Zaczął opowiadać:
- Żył sobie kwiat. Był bardzo słaby, mnie miał siły rosnąć, dlatego też był samotny. Padało na niego mało światła, ponieważ nad nim stało stare, potężne drzewo. Pewnego dnia z drugiej strony pnia drzewa wyrosła łodyżka, a później z tej łodyżki wykwitł przepiękny kwiat. Obie roślinki były dla siebie prawdziwymi przyjaciółmi. Jednak po pewnym czasie smutny kwiat zakochał się w pełnym blasku i optymizmu kwiecie, który odwzajemnił uczucie. Niestety kwiaty nie mogły być razem, ponieważ wielkie, spróchniałe drzewo oddzielało je od siebie. Pewnej burzowej nocy, w drzewo strzelił piorun i złamane upadło na ziemię. Od tej pory kwiaty mogły być razem  - i były. Słuchałam tej bajki z zamkniętymi oczami. Pod koniec wreszcie zrobiło mi się ciepło i zaczęłam drzemać. Co nie znaczy, że nie wysłuchałam opowieści do końca. Wysłuchałam, ale nie miałam już siły otwierać powiek. Czułam tylko, jak Mike ułożył mnie w łóżku i dokładnie okrył. Potem pocałował mnie w policzek i szepnął do ucha:
- Kocham cię.

__________________
MAM NADZIEJĘ, ŻE SIĘ PODOBA!!

Jakieś pytania? http://ask.fm/opowiadania33

poniedziałek, 3 marca 2014

9. (Lauren)

Umyłam się, pomalowałam rzęsy, założyłam bawełnianą, luźną sukienkę i wyszłam z łazienki.
- Myślałem, że już z tamtąd nie wyjdziesz.
- Jednak jestem. Zadowolony?
- Oczywiście, że tak. Ślicznie wyglądasz. Jak zawsze zresztą - czułam, jak  moje policzki się rumienią. Opuściłam lekko głowę. Nie wiedziałam co mam powiedzieć, ale na szczęście nie musiałam.
- Chciałbym cię gdzieś zabrać. Nie chcę psuć twojego dzisiejszego wystroju, ale...
- Ale mam się iść przebrać tak?
- Jakbyś mogła...
- Chwila - poszłam się przebrać i po 10 minutach wróciłam. Mike uśmiechnął się.
- Coś nie tak? - spytałam.
- Nie, wszystko w porządku. Możemy iść?
- Tak, chodźmy, ale i tak ci nie wybaczę, że przyszedłeś do mnie tak bez zapowiedzi, jak ja jeszcze byłam w łóżku.
- Słodko wyglądałaś.
- Jasne - wyszliśmy z domu i pojechaliśmy, właściwie to nie wiem gdzie. Nigdy wcześniej tu nie byłam. Nie znam tego miejsca. Byliśmy w jakimś małym lesie. Mike wziął mnie za rękę i poprowadził między drzewkami. Było tak cieplutko. Po 5 minutach spaceru doszliśmy na plażę. Pustą plażę. Było tu zarazem dziko, jaki i pięknie.
- To tutaj? - zapytałam.
- Tak. Podoba ci się?
- Cudownie. Tak tu cicho i spokojnie. Nikt tu nie przychodzi?
- Chyba nie. Oprócz mnie. Przyjeżdżam tu kiedy potrzebuję samotności - usiedliśmy na suchym piasku. Tu było przepięknie - morze, na które cały czas patrzyłam było spokojne. Lekka, orzeźwiająca bryza uderzałam mi o twarz i włosy. Zapadła między nami cisza. Wstałam, wytrzepałam się z piasku i podeszłam do wody. Zdjęłam bluzkę i szorty, a następnie powoli weszłam do cieplutkiego morza. Słyszałam, że Mike coś tam krzyczał, ale ja nie reagowałam. Upajałam się szumem morza. Kiedy oswoiłam się z wodą, zanurzyłam się w niej, a moje ciało delikatnie objął Mike. Uśmiechnęłam się i złapałam go za dłonie.
- Dlaczego na mnie nie poczekałaś, kiedy krzyczałem? Mogło ci się coś stać.
- Nie przesadzaj - odwróciłam się do niego i dopiero teraz zobaczyłam jego mięśnie. Popatrzyłam mu w oczy. A on to odwzajemnił i po chwili moje usta wylądowały w jego ustach. Nie wiadomo kiedy zaczęło padać, a właściwie zaczęła się wielka ulewa. Wyszliśmy z wody. On zapytał się, czy już idziemy. Pokiwałam głową na znak przeczenia. Uśmiechnął się i pocałował mnie w czoło. Położyliśmy się na już mokrym piachu i wtuleni w siebie wpatrywaliśmy się w szare niebo. Nie potrzebowałam dużo czasu, żeby zasnąć. Nie wiem jak długo spałam, ale kiedy się obudziłam jego przy mnie nie było. Powoli wstałam i zaczęłam go wołać. Krzyczałam, ale to nic nie dało. Bałam się, zostałam sama. Przy nim czułam się bezpiecznie, czułam się kochana, a teraz zostałam sama. Bez pieniędzy, znanej drogi do domu i ciepłych ubrań. W telefonie też nie miałam zasięgu. Zaczęłam panikować. Robiło się zimno. Zaczęłam iść brzegiem morza. Zimna teraz woda co chwilę muskała moje stopy. Słone łzy, spływały mi po policzkach. Szłam z nadzieją, że zobaczę jakiegoś człowieka lub oznaczoną drogę, ale nic z tego. Trzęsłam się z zimna. Nie wiedziałam co mam zrobić. Zawrócić się czy iść dalej?

____________________
Uhuhu dosyć długi :) Namęczyłam się! Mam nadzieję, że się spodoba !
Jakieś pytania? http://ask.fm/opowiadania33

sobota, 1 marca 2014

8. (Lauren)

Pobiegłam do swojego pokoju i wskoczyłam na łózko. W głowie miałam tysiące myśli. Przecież on był dla mnie tylko przyjacielem! Prawdziwym przyjacielem. Kocham go jak przyjaciela. Czyżby na pewno? A co z Patrickiem? NIE, ten rozdział już dawno powinien być skończony. Nie wiedziałam co mam ze sobą zrobić no i oczywiście co z Mike'm? Jutro była sobota, więc spokojnie mogłam sobie zrobić maraton filmowy. Obejrzałam z jakieś cztery filmy i kiedy było około 3:00 nad ranem poszłam spać. Rano, a właściwie w południe obudził mnie dzwonek do drzwi. Byłam zaspana i nie zamierzałam wstawać, więc krzyknęłam do mojej siostry, żeby poszła otworzyć. Jak na złość okazało się, że to ktoś do mnie. No i oczywiści musiał być to Mike. Ja z rozmazanym makijażem, szopą na głowie i samej koszulce w małpki  i majtkach. To chyba lekka przesada. Jak dziecko schowałam się pod kołdrą, nie było widać ani jednej części mojego ciała. Zapukał do drzwi.
- Proszę! - krzyknęłam.
- Lauren?
- Co?
- Głuchy nie jestem, możesz tak nie krzyczeć? - zaśmiał się - I możesz już wyjść spod tej kołdry.
- Przepraszam, ale chyba jednak nie mogę.
- Możesz, możesz, chyba, że chcesz żebym ci pomógł!
- Nie, dzięki.
- To wynurz się z tej kryjówki
- Nie! - w tym moencie poczułam zimny podmuch wiatru i strasznie jasne światło mnie oślepiło. Skuliłam się i zakryłam twarz - Musiałeś dzisiaj przyjść? - burknęłam.
- Tak. Musiałem. Wstawaj.
- Nie ! Nie patrz się! I oddawaj pościel! Zapraszam jutro.
- Przykro mi, ale mogłaś powiedzieć wcześniej. Teraz nigdzie się nie wybieram.
- Świetnie. Dziękuję. Skoro nie ma żadnych szans, żebyś stąd poszedł to chociaż przynieś mi szlafrok i ręcznik z łazienki.
- Dobra, poczekaj - poszedł i po chwili wrócił - Trzymaj.
- Połóż na łóżku i się odwróć.
- Już.
- Na pewno?
- No tak. Zakładaj to szybko, bo się odwrócę!
- Ani mi się waż! Chwila - wstałam i założyłam szlafrok, a ręcznik narzuciłam na głowę, żeby  nie widział mojej twarzy.
- Odwracam się!
- Okey, a teraz zaprowadź mnie do łazienki.
- Wstydzisz się?
- No raczej. Nawiedzasz mnie, kiedy ja jestem jeszcze w rozsypce. No prowadź do tej łazienki.
- Proszę bardzo panno Hemmits, czy mogę jeszcze w czymś pomóc? Może nalać pani wody do wanny i urządzić wspaniałą kąpiel?
- Hahahah. Bardzo śmieszne. Spadaj stąd.
- Tylko szybko!
- Nie masz na co liczyć.


_______________________________
Ufff.... Mam nadzieję, że w pewnym stopniu nadrobiłam zaległości! Nie wyszedł aż tak długi jak myślałam, ale chyba całkiem fajny.

Pytajcie ! ;)  http://ask.fm/opowiadania33

7. (Lauren)

Tak jak powiedziałam Ashley tak i zrobiłam. Poszłam dzisiaj do szkoły. Przez cały dzień Ash rozmawiała i chyba też motywowała Patricka, więc za dużo czasu razem nie spędziłyśmy. Jednak nie nudziłam się, bo Mike był ze mną chyba na wszystkich przerwach. Martwił się o mnie, a przynajmniej tak mówił. Miło z jego strony. Był naprawdę fajnym chłopakiem. Przy nim nie dało się nudzić. Miał świetne poczucie humoru i czułam sie przy nim bezpiecznie. Chyba te dwie rzeczy najbardziej mi się w nim podobały. Ale uważałam, że i tak nic do niego nie czuję, jedynie jakieś przyjacielskie więzi. Po lekcjach Mike odprowadził mnie do domu. I tak było codziennie, z Ash za często nie gadałam, ale ponoć z Patrickiem było coraz lepiej - i to mnie cieszyło. Po kilkunastu tygodniach byliśmy z Mike'iem bliskimi przyjaciółmi, a właściwie to zastępował mi Ashley. Spędzaliśmy razem bardzo dużo czasu. Któregoś dnia, jak zawsze odprowadził mnie do domu. Jednak zanim odwróciłam się i weszłam do domu on powiedział :
- Lauren?
- Tak?
- Nie chcę psuć naszej przyjaźni, ale od pewnego czasu bardzo mi się podobasz. Jesteś taka piękna i delikatna - powiedział lekko przejechał palcem po mojej twarzy, jednocześnie odsłaniają ją z włosów i przysuwając się do mojej osoby. Nie wiedziałam co mam powiedzieć i nawet nie zdążyłam, bo on musnął moje usta. Jego pocałunki były namiętne i czułe. Nie opierałam się. Sama nie wiem czy powinnam była do tego dopuścić czy też nie. W końcu jednak położyłam mu dłoń na klatce piersiowej i lekko odepchnęłam.
- Cześć - tylko tyle powiedziałam, bo na tylko tyle było mnie stać. Otworzyłam drzwi i weszłam do domu.


________________________________
BUM taaraara! Macie ! Wiem, że jest krótki, a nawet za krótki, ale nie miałam weny. I PRZEPRASZZAM że tak długo nie pisałam! ;c   Wybaczcie ! Nie wiem czy jutro się coś pojawi, bo będę poza domem.

PYTAĆ!!!  http://ask.fm/opowiadania33