środa, 5 marca 2014

10. (Lauren)

- Lauren! Lauren! - usłyszałam, jak ktoś z daleka wykrzykuje moje imię. Zatrzymałam się i odwróciłam. Zobaczyłam Mike'a biegnącego ze zmartwionym i zaniepokojonym wyrazem twarzy. Ulżyło mi.
- Gdzie byłeś? - wyszeptałam trzęsąc się jeszcze bardziej niż wcześniej.
- Boże, Lauren, ja przepraszam. Pojechałem kupić coś do jedzenia - przytulił mnie do siebie czule i z miłością. Był taki gorący - albo to ja dostałam ujemnej temperatury. Było mi tak dobrze, że najchętniej zostałabym w takiej pozycji na zawsze. Byłam bezpieczna.
- Bałam się - wyszeptałam.                                            
- Wiem, przepraszam, już nigdy cię nie zostawię - te słowa wypowiedział wręcz załamanym i rozpaczliwym głosem.
- Nic się nie stało.
- Stało się Lauren. Nie powinienem był... - nie pozwoliłam mu dokończyć, bo zanużyłam swoje lodowate wargi w jego gorących, pełnych czułości i namiętności. Nie chciałam, żeby teraz się nad sobą użalał. Dla mnie był idealny.
- Zimno mi - powiedziałam.
- Zauważyłem, chodź, wracamy do domu, bo i tak zafundowałem ci pożądną grypę - wziął mnie na ręce i zaniósł do samochodu. W czasie drogi zaczęłam kichać i chrychać. Nie czułam się z tym dobrze, bo wiedziałam, że Mike będzie się za to obwiniał. Jak tylko wróciliśmy do domu, wskoczyłam pod kołdrę. Było mi strasznie zimno - nawet dwa koce i kołdra nie pomagały. Wyciągnęłam rękę do szafki nocnej po leki. Przyszedł Mike.
- Co ty łykasz? - zaśmiał się.
- Chemię. Nic na to nie poradzę. Muszę, może jeszcze nie jest za późno.
- Proszę, przyniosłem ci herbatkę.
- Och, dziękuję - znowu zaczęłam kaszleć. Mike popatrzył się na mnie współczującym wzrokiem.
- Nie patrz się tak na mnie! Nic mi nie jest.
- No nie, wcale. Jesteś blada, jak ściana, a na dodatek pewnie porządnie chora. Wszystko przeze mnie.
- Ej! Tylko się nie obwiniaj! Chciałeś dobrze i ci się udało. Dziękuję. Było cudownie - widziałam, jak wewnątrz jego ciała pojawiło się wielkie zadowolenie. Na twarzy pojawił się tylko skromny uśmiech.
- Opowiedzieć ci bajkę? - zapytał, a ja byłam zdziwiona jego propozycją.
- No dawaj - zaśmiałam się. Usiadł koło mnie, objął moją talię i przytulił. Zaczął opowiadać:
- Żył sobie kwiat. Był bardzo słaby, mnie miał siły rosnąć, dlatego też był samotny. Padało na niego mało światła, ponieważ nad nim stało stare, potężne drzewo. Pewnego dnia z drugiej strony pnia drzewa wyrosła łodyżka, a później z tej łodyżki wykwitł przepiękny kwiat. Obie roślinki były dla siebie prawdziwymi przyjaciółmi. Jednak po pewnym czasie smutny kwiat zakochał się w pełnym blasku i optymizmu kwiecie, który odwzajemnił uczucie. Niestety kwiaty nie mogły być razem, ponieważ wielkie, spróchniałe drzewo oddzielało je od siebie. Pewnej burzowej nocy, w drzewo strzelił piorun i złamane upadło na ziemię. Od tej pory kwiaty mogły być razem  - i były. Słuchałam tej bajki z zamkniętymi oczami. Pod koniec wreszcie zrobiło mi się ciepło i zaczęłam drzemać. Co nie znaczy, że nie wysłuchałam opowieści do końca. Wysłuchałam, ale nie miałam już siły otwierać powiek. Czułam tylko, jak Mike ułożył mnie w łóżku i dokładnie okrył. Potem pocałował mnie w policzek i szepnął do ucha:
- Kocham cię.

__________________
MAM NADZIEJĘ, ŻE SIĘ PODOBA!!

Jakieś pytania? http://ask.fm/opowiadania33

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz